Lifestyle Media

10 powodów dla których warto jechać na Polish Hip Hop Festival

Elko, właśnie wróciłem półżywy z Płocka po najlepszym festiwalu w tym kraju. Zaraz się dowiecie dlaczego bez najmniejszego przypału mogę go tak nazwać.

1. Line up

PLHHF to trzy dni koncertów, w trakcie których przewija się około 60 artystów. Nie ,,artystów”, których kojarzy 0,1% uczestników festiwalu, a oprócz tego kilka większych gwiazd, tak jak to jest na Woodstocku lub Jarocinie, ale większość artystów z ogólnopolskiej listy Olis oraz wielu młodych, pretendujących do tejże listy muzyków. Każdy z nich ma na koncie miliony wyświetleń, tysiące płyt i setki fanów.

20747576_1432597393493452_664652796_o

2. Idealne zorganizowanie koncertów

Na festiwalu są trzy sceny – główna, Red Bull tour bus oraz moja ulubiona – Good Vibes stage. Przejście między nimi zajmuje dokładnie tyle ile trwa przerwa między koncertami. Czyli jakieś pięć minut, gdyż koncertów jest tyle, że jak chciałem wrzucać fotkę z każdego z nich na instastory, to instagram odmówił mi posłuszeństwa. Porównując znowu do Woodstocku – nie ma takiej fazy, że na głównej grają tylko największe gwiazdy. Możesz mieć dziesiątki milionów wyświetleń pod klipami, a i tak możesz trafić na tę ostatnią scenę lub mieć kilkadziesiąt tysięcy wyświetleń i grać na głównej. Nie mam pomysłu od czego to zależy, ale wierzę że to kwestia jakieś zaawansowanej logistyki.

20771603_1432597333493458_2061415581_o

3. Płock jest super

Zakochałem się w tym mieście. Serio. Może to przez fakt, że na codzień żyje w Poznaniu, czyli mówiąc eufemistycznie, mieście które do najweselszych nie należy? Nie wiem. Ale ludzie tam żyjący są super mili (tak Poznaniu, da się), uliczki piękne, Wisła nie śmierdzi tak jak Warta, a sygnalizacje świetlne mają timery. Na starość kupię tam sobie mieszkanie. Albo na Florydzie. Ciężka decyzja.

4. Brak youtuberów

Znowu przypierdolka do Woodstocku, na którym mamy scenę Play, youtuberów, streamerów, blogerów i dziennikarzy, a sam festiwal przypomina raczej festyn na którym można pić na legalu alkohol i jest trochę mniej Januszów. Na Płocku są tylko artyści, prowadzący i publika. Jedynymi osobami z mediów na których się natknąłem to Mateusz Natali, który współorganizował festiwal, Yurkowsky, który prowadzi kanał na youtube o raperach, rapie i pochodnych oraz Multiego, czyli ex – gamera, aktualnie ,,rapera” (może za parę lat bez cydzysłowiu). Może tylko ja tak do tego podchodzę, ale gdy jadę na festiwal, to oprócz koncertów chcę co najwyżej pogadać z artystami, których na codzień słucham, a nie pierdolnąć selfie z Abstrachuje lub Maffashion.

5. Przekrój muzyczny

Mogę śmiało wysnuć teorię, że na tym festiwalu odnajdzie się każdy. Wiadomo, że jedynym gatunkiem muzycznym na tym festiwalu rap, ale aktualnie jest on na tyle elastycznym tworem, że może zainteresować każdego. Chociażby bardziej śpiewający niż rapujący Holak, lekko hipsterski Adi Nowak, nakurwiający jakby był na speedzie VNM, retro grający Reno, czy najpopularniejszy aktualnie i słuchany głównie w gimnazjach podstawówkach Quebonafide. 

6. Jedzenie

Tyle foodtrucków w jednym miejscu jak żyje nie widziałem. Pizze, kebaby, frytki belgijskie, burgery, zapieksy, a nawet stoisko z lemoniadą. Niestety nie było stoiska dla bezglutenowców i wegan.

7. Stoiska sklepowe

Na terenie festiwalu prócz żarcia można było również kupić koszulki, bluzy, gadżety związane z różnymi wytwórniami i płyty. Płyty, co mnie mocno zdziwiło, były po obniżonych, a nie zawyżonych cenach, również te, które były limitowane lub już są niedostępne. W tym także zagraniczne. Jednymi słowy – dzięki Płock za Yelawolfa za 25 zł i niedostępną już płytkę Adiego. Buziaczki.

8. Kontakt z artystami

Jednym z minusów festiwali jest to, że jest od groma ludzi, co zazwyczaj oznacza zerowy kontakt z artystą poza samym koncertem. Mówiąc prościej – możesz raczej zapomnieć o podpisanej płycie, autografie czy foteczce na insta. Tutaj jest o tyle inaczej, że artystów można było spotkać przechadzających się po terenie festiwalu, w specjalnym do tego namiocie lub na terenie Płocka w godzinach niefestiwalowych,. Jeśli ktoś lubi zdjęcia z osobami, które mają więcej followersów to jest to świetna opcja. 

20773471_1432597280160130_760876817_o

9. Lokalizacja

Byłem na Woodstocku, Jarocinie i w Płocku. Na pierwszym gdy wychodziłem z namiotu to widziałem żywe trupy pochowane w lesie lub namiotach, na Jarocinie widziałem pole, a tu budziły mnie (i wkurwiały zarazem) mewy nad Wisełką, do której chwilę po wyjściu wytoczeniu się z namiotu skakali ludzie. Co by nie mówić, ładnie tam było. 

20773267_1432596816826843_919940534_o

10. Ludzie

Każdy festiwalowicz Ci to powie, nieważne czy to Woodstock, czy Jarocin, czy nawet festiwale oparte na puszczaniu muzyki z laptopa, że to właśnie ludzie tworzą ten festiwal. Na każdym na którym byłem, ludzie odzywali się do siebie w specyficzny sposób, tworzyli jedną, wielką (no chyba, że to Woodstock, to wtedy to wykurwiście wielką) grupę, pomagali sobie nawzajem we wszystkim co wymaga więcej niż jednej pijanej pary rąk i otwierali piwo gdy nie było otwieracza. Mam wrażenie, że ludzie na czas festiwalu zapominają, że są Polakami. 


20727405_1432597643493427_1726310830_o

No ale żeby za kolorowo nie było, to były również pewne uniedogodnienia. Między innymi pole namiotowe było właśnie takim jednym, dość sporym, wkurwiającym uniedogodnieniem. Nie było można tam wnosić alkoholu, wody jeśli była otwarta, ani jedzenia. Samo pole było na końcu festiwalu, co oznaczało dymanie około 1,5 kilometra od samochodu. 

Na szczęście mój geniusz, a właściwie to moja dziewczyna, ale możemy zostać przy wersji, że to ja, wpadł na pomysł żeby zrobić własne pole namiotowe, pięć metrów od samochodu. Był to pomysł o tyle genialny, że jako jedni z nielicznych się wyspaliśmy bo byliśmy tam prawie sami, to jeszcze mieliśmy wszystkie potrzebne rzeczy pod ręką. Poza tym, jak się rano przebudziłem to zobaczyłem obok swojego namiotu kolejne dziesięć. Jakbym był psem to tylko trendsetterem szkockim.

Drugim minusem był sztywny czas trwania koncertów. Po wielu koncertach przywykłem do czegoś takiego jak obsuwa i do tego, że start koncertu o 20 oznacza, że o 21 trzeba wejść do klubu a i tak będzie czas na dwa piwa. Tutaj czegoś takiego nie było. Jeśli grajek miał grać 40 minut, to grał 40 minut i spierdalał w popłochu ze sceny. Jest to o tyle dobre, że gdy gra Tede, to moje męki są skrócone, ale z drugiej strony chciałoby się posłuchać kogoś sensownego dłużej niż tę niecałą godzinę.

Dziesięć plusów, dwa małe minusy. Jadę za rok.