Lifestyle Media

O matko, czyli skończył się najlepszy serial na świecie

Pewnie wiecie, że zakończył się najlepszy serial XXI wieku i większość fanów od tego dnia przeżywa wewnętrzną pustkę, nie? No, to wśród nich jestem też i ja.

To się nie powinno skończyć

Przez ostatnie trzy sezony myślałem, że z HIMYM będzie jak z Modą na sukces. Zawiłości, niewyjaśnione sytuacje, dzieci z własnym dzieckiem i dramaty typu śmierć prababci. O dziwo – nie przeszkadzałoby mi to. To przez fakt, że How I met your mother jest lepsze od wszystkich seriali które oglądałem przez emocje, które niesie ze sobą.

Bo to właśnie one, a nie tylko humor, przejawiały się w każdym odcinku. Ted i cała paczka targali mną jak śmieciem w lecie w wakacyjny wieczór. Raz chciałem płakać, a raz śmiałem się gimbus z filmików Abstrachuje.

A taki House of Cards lub Game of Thrones? Prócz lekkiego skinienia głową i stwierdzenia ,,no fajnie”, nie wywołało nic więcej. Wszystkie inne seriale na tle HIMYM są bardziej bezpłciowe niż Anna Grodzka.

Dlatego na jakiś tam swój minimalistyczny i niewidoczny sposób odczułem zakończenie i brak tego serialu.

To się nie powinno tak skończyć!

Dobra, będą spojlery. How I met your mother, czyli opowieść o tym jak Ted poznał swoją żonę (opowiadana przez DZIEWIĘĆ lat) nie była wcale o jego żonie. Była o miłości do Robin, z którą koniec końców wylądował razem w łóżku. Żona, która pojawiała się sporadycznie w ostatnim sezonie, jak gdyby nigdy nic umarła.

I dlatego kocham ten serial. Nie dlatego, że humor jest na najwyższym poziomie, a teksty Barneya są bardziej epickie niż epika Homera. Tylko dlatego, że cały czas, przez te dziewięć lat, szasta nieszablonowymi rozwiązaniami.

Fani przez cały czas czekali na postać matki. Kilka razy była uwzględniana wcześniej. Raz na wykładzie prowadzonym przez Teda, a raz było widać jej aż kawałek nogi. A chwilę po dłuższym poznaniu, po prostu odeszła. Dosłownie.

Samo zakończenie, mimo wielu znaków na niebie, było niespodziewane. Może dlatego, że cały czas nie wierzyłem, że to koniec? Może pomyślałem, że to prowo i będzie kolejne pięć sezonów, na które będę czekał z utęsknieniem? Sam nie wiem.

Wiem za to, że skończył się najlepszy serial na świecie, a ja zostałem z wewnętrzną pustką i wewnętrznym brakiem dobrego serialu.

Chyba zacznę oglądać Klan.