Przemyślenia Technologia

Paperboy, czyli powrót do przeszłości jest zawsze bolesny

Ostatnio, zamulając wieczorem przed komputerem, przypomniało mi się, jak z kuzynem nerdziliśmy ostro w gry, których nazw przez dobre kilka lat nie mogłem sobie przypomnieć.

Młodzi byliśmy, 7 lat to max ile wtedy mogliśmy mieć. Nie mieliśmy pojęcia jakie gry są dobre, jakie nie, po prostu graliśmy. Grafika, albo fabuła? Gra miała być dobra, to było jedyne wymaganie. Nie było więc miejsca na Dooma, Starcrafty, bo nas po prostu nie jarały. Ogromną zajawką były gry na 2 – wspólna zabawa przy jednym kompie, kłótnie i pomaganie sobie w tym samym czasie. Fajne to było.

Pewnego dnia, wuja podrzucił nam coś na płytce, co nazwaliśmy Salonówkami. Chyba dlatego, że były to gry arcade i pochodziły z automatów. Ze 150 gier, pewnie większość to solidne klasyki, ale my grywaliśmy głównie w te na dwie osoby, albo w te nietypowe. Nietypowe dla siedmiolatków, o. :)

Wczoraj, gadając z dziewczyną przez telefon, (Teraz widać o czym myśli facet, gdy dziewczyna opowiada o ubraniach, true story) przypomniała mi się jedna z takich gier, w którą zagrywaliśmy się do upadłego. Minuty, godziny, dni? Who cares, liczyła się zabawa i rzucanie gazetami. Tak, dobrze czytacie, rzucanie gazetami.

Gra jest maksymalnie prosta. Wcielamy się w postać dzieciaka na rowerze, który rozwozi gazety. Rzuca je do skrzynek, w okna, ludzi, psy, gdziekolwiek chcemy. Nie jest też zbyt zagmatwana fabularnie – zbiera się punkty i przejeżdża się przez całą mapę. Nigdy nie dojechaliśmy do końca, o ile takowy istnieje. Nigdy też nie przebiliśmy pułapu 10000 punktów. Ale za to cieszyliśmy się każdym rozbitym oknem i każdą gazetą, rzuconą niekoniecznie do skrzynki. Piękna rzecz. Rozbicie komuś okna, albo rzucenie człowieka prosto w ryj gazetą. O wiele bardziej, zwłaszcza gdy byłem młodszy, wolałem taki typ anarchii, niż strzelanie do pikselowych potworów w Doomie.

Zawsze lubiłem gry, w których jest samowolka. Miłość do gier, w których możemy robić coś nietypowego, zrodziła się u mnie chyba przy pierwszym komputerze, grając w GTA 3. I wiecie co? Żadnej z nich nie próbowałem sobie przypominać. Z bardzo prostej przyczyny – ten powrót zawsze boli.

Żałuje, że wolałem wczoraj myśleć o jakiś abstrakcyjnych sprawach, zamiast słuchać o sukience mojej dziewczyny. Przez to zacząłem szukać gry, w którą się zagrywałem jak głupi, gdy byłem dzieckiem. Gry, która kiedyś robiła na mnie przeogromne wrażenie, a teraz nie robi żadnego. Jasne, można pograć, nadal porzucać ludziom w ryj gazetami. Ale nie widzę siebie, grającego w to bite trzy godziny, z nieschodzącym uśmiechem na twarzy.

Nigdy się nie zastanawiałem dlaczego nie odpalam starych gier. Do dnia wczorajszego. Po wczoraj wiem dlaczego – ich miejsce jest w pamięci, nie na dysku.

Paperboya możecie znaleźć tutaj, we flashu. Polecam, bo warto się zapoznać, nawet po tylu latach jej istnienia.

4 Comments

  1. Kolejny trafny wpis ukazujący niestety realia świata graczy. Takie gry już nie sprawiają takiej frajdy jak kiedyś grając by grać, a nie wygrać. Pozdrawiam.

Leave a Reply

Your email address will not be published.