Lifestyle Media

Rządzić kuchnią jak Grek na Kalymnos

W Polsce jest pełno restauracji, które upadają szybciej niż powstały. Część z nich, za gruby hajs, ratuje Gessler. A wystarczy jechać na Kalymnos i uczyć się od Greków. Za darmo.

Kilka razy w tygodniu widzę na fejsie, że w Bydgoszczy powstaje nowa pizzeria, bar kanapkowy lub zwykła restauracja. Promocje na start, super śliczne zdjęcia ze stocka, wydarzenia na fejsie i pozytywne recenzje pisane na kolanie przez znajomych właściciela.

Rzadko kiedy miesiąc później słyszę ponownie o tej pizzerii lub restauracji.

Nie dlatego, że serwują słabe jedzenie lub jest drogo. Najczęściej jest wręcz przeciwnie – w porównaniu do sieciowych pizzerii, w tych mniejszych jest taniej i lepiej.

Tylko jak mają się wybić, skoro wszystkie małe pizzerie są takie same? Pizzą z serem i kasztanami?

Najłatwiej jest być po prostu miłym. Tak jak w każdej restauracji na Kalymnos. I bynajmniej nie jest to bycie miłym takie jak w Polsce – podchodzenie co pięć minut i pytanie czy smakuje.

Tam, gdy się przychodzi większą grupą, a restauracja jest zatłoczona, nie robią problemów by połączyć stoliki. Nawet jeśli żadnego wolnego nie ma – oni skądś go wezmą. Wystrugają na szybkości lub zajwanią z pobliskiej restauracji. Zawsze coś wymyślą, tylko po to, byś został u nich. 

Gdy nie rozumiesz jakiegoś słowa w menu, jak na przykład ,,Souvlaki„, które nie ma jako takiego tłumaczenia, postarają Ci się to wytłumaczyć jak najlepiej umieją.

Kelner podając jedzenie zapyta, czy nie trzeba ketchupu, przypraw lub czegokolwiek innego co by nas uszczęśliwiło. Niby nic nadzwyczajnego, ale po powrocie do Polski, w Krakowie, po zapytaniu w restauracji o ketchup usłyszałem:

– Jest. Dodatkowo płatny. 

No i chuj, od razu Polską w ryj. 

Wychodząc z restauracji w Polsce, nawet w moim ukochanym Manekinie, jedyne co możesz dostać to uśmiech od obsługi i do widzenia. 

Na Kalymnos faza jest taka, że gdy chce się płacić i prosi się o rachunek, kelner przynosi Ci talerz owoców. Tak po prostu. Żebyś się nażarł na maksa i wychodził na czworaka. 

A po wyjściu z knajpy, nie zważając na to jaki jest ruch, właściciel pożegna się z Tobą osobiście. Uścisk dłoni, goodbye, te sprawy.  

 

Łapiecie już dlaczego większość polskich restauracji upada, a taka na Kalymnos będzie żyła przez kilka najbliższych pokoleń nawet z samych napiwków?